poniedziałek, 19 stycznia 2015

Porwanie cz. 11

Hej, hej, hej :)
Zapraszam do 11 części opowiadania ;3
Jak zawsze proszę o komentarz ;)
___________________________________________
Dobiegliśmy do pomnika i zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie może znajdować się wskazówka. Po upływie 20 minut zaczęliśmy się denerwować.
-Cholera, nigdzie jej nie widzę - powiedział zdenerwowany Mick. - Może się pomyliliśmy? Może to nie ten pomnik? Może jest gdzieś inny?
- Nie pierdol, wiem że dobrze trafiliśmy. Bardzo dobrze rozumiem zagadki dziadka i jestem w stu procentach pewna, że ta zagadka jest tu i kropka!
To ostatnie zdanie krzyknęłam tak, że nad nami przeleciało kilka ptaków. Musiałam je bardzo przestraszyć, bo nagle nad nami zaczął padać deszcz ptasich kup. Mick złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę ruin. Tak się składało, że pewna część pomnika przypominała dach. Na moje nieszczęście czy też szczęście, upadłam na Micka. Oboje spojrzeliśmy sobie w oczy. Zaczęliśmy się śmiać. I po upływie 2 minut położyłam głowę na klatce piersiowej chłopaka i nagle zobaczyłam katrzykpapieru. Podniosłam się w tempie natychmiastowym, jednak ostrożnie, uważając by nie uderzyć się w dach naszego schronienia.
-Mick, zobacz! - krzyknęłam szczęśliwa.
- Spokojnie, bo znowu zwołasz ptaszyska - powiedział śmiejąc się.
-Mick, ale tu jest karteczka - krzyknęłam ponownie. Chłopak tylko spojrzał w stronę, w którą pokazywałam. Spoważniał.
-Serio? - zapytał zirytowany. - To my szukamy tego kilkanaście minut w jakiś zakamarkach przy jeleniu, a karteczka leży sobie tak po prostu pod podstawą zwierzęcia?
-Oj nie ważna Mick, ważniejsze jest to, że ją znaleźliśmy. - mówiłam podekscytowana.
-To bierz ją i czytaj- powiedział z uśmiechem na twarzy.
-Już moment.
Karteczka była bardzo mała, tekst nie był za dobrze czytelny. Nie dziwię się, tusz rozmazał się pod wpływem wilgoci. Przyglądałam się karteczce z dobre 5 minut. Obracałam ją z każdej strony i nic.
- No czytaj już, jestem głodny. - powiedział podenerwowany Mick.
- Nie potrafię, tekst jest niewyraźny - odpowiedziała przygnębiona.
-No nic, bierz kartkę i idziemy coś zjeść do restauracji. Ja stawiam.
-O nie! Nie będę cie z kasy obdzierać, tym razem ja płacę za posiłek - powiedziałam patrząc chłopakowi prosto w oczy, łapiąc go za rękę i szeroko się uśmiechając. Mick spuścił głowę, patrząc się na mnie spod byka i lekko uśmiechając się.
-No dobrze- powiedział cicho- ale tylko teraz, następnym razem pozwól mi być dżentelmenem.
Chłopak pocałował moją rękę i czekał na moją reakcje.
-Mick, nie bądź głupi- odpowiedziałam dając mu buziaka prosto w usta. - Chodź idziemy.
Złapaliśmy się za ręce i ruszyliśmy przez lasy w kierunku samochodu chłopaka, burczało nam w brzuchach, ale staraliśmy się o tym nie myśleć. Szliśmy w milczeniu i za każdym razem kiedy usłyszeliśmy dźwięk mówiący nam, że potrzebujemy jeść jakiś posiłek patrzyliśmy się na siebie i uśmiechaliśmy się od ucha do ucha.
Kiedy dojechaliśmy już do restauracji. Poprosiłam, a wręcz nakazałam wybrać Mickowi najlepsze jedzenie. On tylko patrzył się na mnie tak jakbym mu zabiła kogoś bliskiego. No, ale musiałam mu wynagrodzić to, że mi pomaga z poszukiwaniem siostry.
Po zjedzeniu naszych posiłku odstawiliśmy auto pod dom Micka, a sami wybraliśmy się do parku, by odczytać zagadkę.
-No pokaż mi tą kartkę- zaczął Mick. - O kurde, powiem Ci, że faktycznie trudno rozczytać, ale nie martw się. Znam w okolicy takiego pana w podeszłym wieku. On nam to powinien odczytać, bo jest w tym mistrzem.
- A co jeżeli sam zacznie być ciekawski o co w tym chodzi i będzie nas dopytywać?
-Spokojnie, to daleki znajomy mojego wujka. Powiem mu, że ten kawałek kartki jest potrzeby do szkoły, że to fragment książki, którą mamy przeczytać po wakacjach. Nawet wymyśliłem, co powiem jak zapyta, czemu tusz jest rozmazany. Powiem wtedy, że pies miał kartkę w pysku.
-Nie wiedziałam, że tak umiesz kłamać - powiedziałam uderzając go pięścią w ramię.
-No wiesz, może i się przyjaźnimy, ale i tak dużo rzeczy o mnie nie wiesz - powiedział Mick, a następnie pocałował mnie w usta.
Ruszyliśmy więc do domu tego starszego pana. Mick oczywiście prowadził, bo ja nie miałam zielonego pojęcia, gdzie to się znajduję.
Gdy dotarliśmy do domku kilkanaście przecznic za parkiem. Chałupka była mała i drewniana. Dach zrobiony był z rozpadających się już dachówek. Dostrzegłam także znajdujące się na wprost nas dwa drewniane okna ze zwiędłymi kwiatkami w kwietniku oraz drewniane drzwi. Do drzwi prowadziły stare drewniane schody, które mogły się w każdej chwili rozwalić. Przed domem po naszej lewej stronie stały dwa skrzaty ogrodowe oraz trzy różowe pelikany. Natomiast po prawej stronie  znajdowały się różne kwiatki takie jak tulipany, róże, fiołki oraz stokrotki. Ku mojemu zdziwieniu rośliny były zadbane.
Mick złapał mnie za rękę i  pociągnął w stronę drzwi. Staraliśmy się wchodzić bardzo powoli po tych starych schodach, jednak z każdym naszym ruchem one skrzypiały. Chłopak zapukał do drzwi. W przeciągu trzech minut ktoś otworzył nam je. Była to staruszka. Miała siwe, krótkie, kręcone włosy, duże czarne prostokątne okulary. Twarz i ręce miała pomarszczone. Ubrana była w żółtą z czerwonymi kwiatkami podomkę. Na jej nogach znajdowały się różowe kapcie. W ręce trzymała książkę, lecz nie mogłam odczytać jaką.
- O co chodzi? - powiedziała bardzo spokojnym głosem.
-Emm.. - zaczął Mick. - Bo wie pani, mieszkał tu swojego czasu taki starszy pan. Mamy do niego sprawę. Wie pani gdzie on może być?
-Tak wiem, to mój mąż. - odpowiedziała uśmiechając się. - Biedak pracuję. Znajdziecie go dwie ulice dalej w księgarni.
-Dziękujemy pani ślicznie, do widzenia. - odpowiedziałam odwzajemniając uśmiech.
Staruszka zamknęłam drzwi, a my ruszyliśmy w wyznaczone miejsce.
Tak jak ta pani mówiła, dwie ulice dalej znajdowała się księgarnia. Weszliśmy do niej.
-Dzień dobry, w czym mogę pomóc- powiedział starszy pan.
-Dzień dobry - odpowiedział chłopak. Jestem Mick Roy. Mój wujek nazywa się Emil Roy. Kojarzy go pan prawda?
-Zgadza się młody człowieku - odpowiedział uśmiechając się.
-O to dobrze. Bo mam do pana pewną sprawę.
-Zamieniam się w słuch.
-Proszę oto kartka. Chcielibyśmy się dowiedzieć co na niej pisze, to ważne potrzebujemy tego do szkoły. 
-Hmm poczekaj chwilę.
Starszy pan poszedł po swoje okulary, założył je i następnie bacznie przyglądał się kartce. Przyłożył ją nawet do lampki, która znajdowała się obok niego.
-Mówisz, że potrzebujecie tego do szkoły, tak? - zapytał po dłużej chwili mężczyzna.
-Tak, mówię. Czy wie pan co tam pisze?
-Oczywiście, ale jest to forma zagadki... - mówił zafascynowany.
-No tak... boo to jest z książki detektywistycznej- skłamał Mick. Ja natomiast przysłuchiwałam się rozmowie w milczeniu.
-Aha, no więc młodzieńcze, pisze tu tak " Widzę, że naprawdę komuś coś się stało. Lecz nie bój się mała dziecino. Zapytaj kogoś, kto przechodził to samo. Kogoś, kto pomoże ci śmiało."
-To przecież chodzi o jego brata.. - powiedziałam to dość głośno, bo starszy pan spojrzał na mnie ze zdziwieniem na twarzy.
-O jego brata? - zapytał.
-Tak- odpowiedziałam ze spuszczoną głową-  bo widzi pan, zaginęła mi sio....
-No dobrze to my już pójdziemy - przerwał mi Mick, zabierając karteczkę starszemu panu oraz chwytając mnie za rękę i ciągnąć w stronę drzwi wyjściowych. - Dziękujemy i do widzenia.
-Chwileczkę młodzieńcze - powiedział stanowczo staruszek.  -Bo widzisz, ja jestem....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz