Hej,
hej, hej :)
Zapraszam
do 11 części opowiadania ;3
Jak
zawsze proszę o komentarz ;)
___________________________________________
Dobiegliśmy
do pomnika i zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie może znajdować się
wskazówka. Po upływie 20 minut zaczęliśmy się denerwować.
-Cholera,
nigdzie jej nie widzę - powiedział zdenerwowany Mick. - Może się
pomyliliśmy? Może to nie ten pomnik? Może jest gdzieś inny?
- Nie
pierdol, wiem że dobrze trafiliśmy. Bardzo dobrze rozumiem zagadki
dziadka i jestem w stu procentach pewna, że ta zagadka jest tu i
kropka!
To
ostatnie zdanie krzyknęłam tak, że nad nami przeleciało kilka
ptaków. Musiałam je bardzo przestraszyć, bo nagle nad nami zaczął
padać deszcz ptasich kup. Mick złapał mnie za rękę i pociągnął
w stronę ruin. Tak się składało, że pewna część pomnika
przypominała dach. Na moje nieszczęście czy też szczęście,
upadłam na Micka. Oboje spojrzeliśmy sobie w oczy. Zaczęliśmy się
śmiać. I po upływie 2 minut położyłam głowę na klatce
piersiowej chłopaka i nagle zobaczyłam katrzykpapieru. Podniosłam
się w tempie natychmiastowym, jednak ostrożnie, uważając by nie
uderzyć się w dach naszego schronienia.
-Mick,
zobacz! - krzyknęłam szczęśliwa.
-
Spokojnie, bo znowu zwołasz ptaszyska - powiedział śmiejąc się.
-Mick,
ale tu jest karteczka - krzyknęłam ponownie. Chłopak tylko
spojrzał w stronę, w którą pokazywałam. Spoważniał.
-Serio?
- zapytał zirytowany. - To my szukamy tego kilkanaście minut w
jakiś zakamarkach przy jeleniu, a karteczka leży sobie tak po
prostu pod podstawą zwierzęcia?
-Oj
nie ważna Mick, ważniejsze jest to, że ją znaleźliśmy. -
mówiłam podekscytowana.
-To
bierz ją i czytaj- powiedział z uśmiechem na twarzy.
-Już
moment.
Karteczka
była bardzo mała, tekst nie był za dobrze czytelny. Nie dziwię
się, tusz rozmazał się pod wpływem wilgoci. Przyglądałam się
karteczce z dobre 5 minut. Obracałam ją z każdej strony i
nic.
- No
czytaj już, jestem głodny. - powiedział podenerwowany Mick.
- Nie
potrafię, tekst jest niewyraźny - odpowiedziała przygnębiona.
-No
nic, bierz kartkę i idziemy coś zjeść do restauracji. Ja stawiam.
-O
nie! Nie będę cie z kasy obdzierać, tym razem ja płacę za
posiłek - powiedziałam patrząc chłopakowi prosto w oczy, łapiąc
go za rękę i szeroko się uśmiechając. Mick spuścił głowę,
patrząc się na mnie spod byka i lekko uśmiechając się.
-No
dobrze- powiedział cicho- ale tylko teraz, następnym razem pozwól
mi być dżentelmenem.
Chłopak
pocałował moją rękę i czekał na moją reakcje.
-Mick,
nie bądź głupi- odpowiedziałam dając mu buziaka prosto w usta. -
Chodź idziemy.
Złapaliśmy
się za ręce i ruszyliśmy przez lasy w kierunku samochodu chłopaka,
burczało nam w brzuchach, ale staraliśmy się o tym nie myśleć.
Szliśmy w milczeniu i za każdym razem kiedy usłyszeliśmy dźwięk
mówiący nam, że potrzebujemy jeść jakiś posiłek patrzyliśmy
się na siebie i uśmiechaliśmy się od ucha do ucha.
Kiedy
dojechaliśmy już do restauracji. Poprosiłam, a wręcz nakazałam
wybrać Mickowi najlepsze jedzenie. On tylko patrzył się na mnie
tak jakbym mu zabiła kogoś bliskiego. No, ale musiałam mu
wynagrodzić to, że mi pomaga z poszukiwaniem siostry.
Po
zjedzeniu naszych posiłku odstawiliśmy auto pod dom Micka, a sami
wybraliśmy się do parku, by odczytać zagadkę.
-No
pokaż mi tą kartkę- zaczął Mick. - O kurde, powiem Ci, że
faktycznie trudno rozczytać, ale nie martw się. Znam w okolicy
takiego pana w podeszłym wieku. On nam to powinien odczytać, bo
jest w tym mistrzem.
- A
co jeżeli sam zacznie być ciekawski o co w tym chodzi i będzie nas
dopytywać?
-Spokojnie,
to daleki znajomy mojego wujka. Powiem mu, że ten kawałek kartki
jest potrzeby do szkoły, że to fragment książki, którą mamy
przeczytać po wakacjach. Nawet wymyśliłem, co powiem jak zapyta,
czemu tusz jest rozmazany. Powiem wtedy, że pies miał kartkę w
pysku.
-Nie
wiedziałam, że tak umiesz kłamać - powiedziałam uderzając go
pięścią w ramię.
-No
wiesz, może i się przyjaźnimy, ale i tak dużo rzeczy o mnie nie
wiesz - powiedział Mick, a następnie pocałował mnie w usta.
Ruszyliśmy
więc do domu tego starszego pana. Mick oczywiście prowadził, bo ja
nie miałam zielonego pojęcia, gdzie to się znajduję.
Gdy
dotarliśmy do domku kilkanaście przecznic za parkiem. Chałupka
była mała i drewniana. Dach zrobiony był z rozpadających się już
dachówek. Dostrzegłam także znajdujące się na wprost nas dwa
drewniane okna ze zwiędłymi kwiatkami w kwietniku oraz drewniane
drzwi. Do drzwi prowadziły stare drewniane schody, które mogły się
w każdej chwili rozwalić. Przed domem po naszej lewej stronie stały
dwa skrzaty ogrodowe oraz trzy różowe pelikany. Natomiast po prawej
stronie znajdowały się różne kwiatki takie jak tulipany,
róże, fiołki oraz stokrotki. Ku mojemu zdziwieniu rośliny były
zadbane.
Mick
złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę drzwi.
Staraliśmy się wchodzić bardzo powoli po tych starych schodach,
jednak z każdym naszym ruchem one skrzypiały. Chłopak zapukał do
drzwi. W przeciągu trzech minut ktoś otworzył nam je. Była to
staruszka. Miała siwe, krótkie, kręcone włosy, duże czarne
prostokątne okulary. Twarz i ręce miała pomarszczone. Ubrana była
w żółtą z czerwonymi kwiatkami podomkę. Na jej nogach znajdowały
się różowe kapcie. W ręce trzymała książkę, lecz nie mogłam
odczytać jaką.
- O
co chodzi? - powiedziała bardzo spokojnym głosem.
-Emm..
- zaczął Mick. - Bo wie pani, mieszkał tu swojego czasu taki
starszy pan. Mamy do niego sprawę. Wie pani gdzie on może być?
-Tak
wiem, to mój mąż. - odpowiedziała uśmiechając się. - Biedak
pracuję. Znajdziecie go dwie ulice dalej w księgarni.
-Dziękujemy
pani ślicznie, do widzenia. - odpowiedziałam odwzajemniając
uśmiech.
Staruszka
zamknęłam drzwi, a my ruszyliśmy w wyznaczone miejsce.
Tak
jak ta pani mówiła, dwie ulice dalej znajdowała się księgarnia.
Weszliśmy do niej.
-Dzień
dobry, w czym mogę pomóc- powiedział starszy pan.
-Dzień
dobry - odpowiedział chłopak. Jestem Mick Roy. Mój wujek nazywa
się Emil Roy. Kojarzy go pan prawda?
-Zgadza
się młody człowieku - odpowiedział uśmiechając się.
-O to
dobrze. Bo mam do pana pewną sprawę.
-Zamieniam
się w słuch.
-Proszę
oto kartka. Chcielibyśmy się dowiedzieć co na niej pisze, to ważne
potrzebujemy tego do szkoły.
-Hmm
poczekaj chwilę.
Starszy
pan poszedł po swoje okulary, założył je i następnie bacznie
przyglądał się kartce. Przyłożył ją nawet do lampki, która
znajdowała się obok niego.
-Mówisz,
że potrzebujecie tego do szkoły, tak? - zapytał po dłużej chwili
mężczyzna.
-Tak,
mówię. Czy wie pan co tam pisze?
-Oczywiście,
ale jest to forma zagadki... - mówił zafascynowany.
-No
tak... boo to jest z książki detektywistycznej- skłamał Mick. Ja
natomiast przysłuchiwałam się rozmowie w milczeniu.
-Aha,
no więc młodzieńcze, pisze tu tak " Widzę, że naprawdę
komuś coś się stało. Lecz nie bój się mała dziecino. Zapytaj
kogoś, kto przechodził to samo. Kogoś, kto pomoże ci śmiało."
-To
przecież chodzi o jego brata.. - powiedziałam to dość głośno,
bo starszy pan spojrzał na mnie ze zdziwieniem na twarzy.
-O
jego brata? - zapytał.
-Tak-
odpowiedziałam ze spuszczoną głową- bo widzi pan, zaginęła
mi sio....
-No
dobrze to my już pójdziemy - przerwał mi Mick, zabierając
karteczkę starszemu panu oraz chwytając mnie za rękę i ciągnąć
w stronę drzwi wyjściowych. - Dziękujemy i do widzenia.
-Chwileczkę
młodzieńcze - powiedział stanowczo staruszek. -Bo widzisz,
ja jestem....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz